1 maj 2017

Ich wollte alles auf der Welt, außer dich zu verlieren... - 16.

Roland zjawił się kilkanaście minut później. Nic nie mówił, po prostu był obok i nieprzerwanie mnie do siebie przytulał. Ivan nadal nie zmienił swojego miejsca, zamiast niego obok mnie siedział Schwarz. Źle nie było, ale szczerze wolałam czuć ramię Knezevicia, niźli wrestlera. 
Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam i tym bardziej jak znalazłam się w swoim łóżku. W dodatku nie spało mi się zbyt dobrze. 
Co chwila się budziłam zlana potem, bo śniły mi się różne sceny ze szpitala, które przypominały mi o okolicznościach, w jakich zginęli moi rodzice i o sytuacji, w jakiej mój brat znalazł się w tym miejscu. 
Moi rodzice mieli czołówkę z pijakiem, ich szanse na przeżycie były równe zeru. Oboje cierpieli z bólu wszelkiego rodzaju, nim wzięli ostatni wdech i odeszli z tego świata. Urazy wewnętrzne, krwotoki, wielokrotne złamania, wyciąganie ze zmasakrowanego pojazdu... 
Nie zmarli od razu; tato męczył się całą drogę do szpitala, a mama przeżyła jeszcze kilka godzin. Widziałam chwilę, kiedy respirator pokazywał poziome kreski i niemiłosiernie piszczał, dając do zrozumienia, że serce się poddało i pomimo prób reanimacji nie chciało wrócić do pracy... 
Nie było mi szkoda kierowcy tamtego pojazdu. Nie czuł, kiedy umierał, w jego żyłach znajdowało się kilka promili alkoholu. Nie było szkoda mi jego rodziny. Kto kazał mu wsiadać po pijaku do auta? 
Zabrał mi dwójkę najbliższych osób. Uczynił Philippa i mnie sierotami. A on? Zwalił na głowę swojej rodziny masę problemów. Nic więcej. 

O siódmej rano stwierdziłam, że już więcej nie pośpię. Zwlokłam się z łóżka i, po wykonaniu porannej toalety, ubrałam się. Po cichu zeszłam na dół, nie wiedziałam, gdzie śpią i czy w ogóle to robią. Nie słyszałam żadnych niepowołanych dźwięków, które wykazywałby rozmowę, więc  ta możliwość jest ogromna.
- Hej - uśmiechnęłam się zdawkowo do niego, gdy zawitałam w kuchni. Siedział przy stole i wpatrywał się w ścianę, na której wisiały nasze rodzinne zdjęcia. Było ich wiele, naprawdę. Po czasie ich widok już tak nie bolał, chociaż serce nadal się łamało. Potwornie brakowało mi rodziców... 
Oderwał od nich wzrok, spoglądając na mnie. Zacisnął palce na czerwonym kubku, z którego wydostawała się para. 
- Cześć - odwzajemnił mój gest, odsuwając krzesło stojące obok niego. - Siadaj, zrobię Ci coś do jedzenia - zaoferował się, podnosząc się z miejsca.
- Nie chcę - podeszłam do stołu i wzięłam jego kubek, po czym bezceremonialnie upiłam łyk kawy. Czułam na sobie jego wzrok, a kiedy na niego spojrzałam, nawet go nie spuścił. Trzymałam kubek tuż przy twarzy, aby ukryć uśmiech zadowolenia. Nie chciałam, żeby potraktował mnie jak wariatkę.
- Powinnaś coś zjeść, zaraz będziemy jechać - powiedział odrobinę stanowczym tonem. Wywróciłam oczami. Nawet on ma w planach mnie do tego przymuszać!
- Roland też? - zastanawiało mnie to, gdzie jest. Nie wydawało mi się, żeby tak nagle w nocy postanowił wrócić do siebie.
- Tak. Pozwoliłem sobie zachować się jak u siebie, nie chciałem Cię zostawiać samej i ogarnąłem się tu. 
Mimowolnie poczułam ciepło wewnątrz. Pokiwałam głową na zgodę. Nie chciał mnie zostawiać samej... 
- Jasne, nie ma sprawy. Philipp na pewno nie będzie miał Ci tego za złe. 
Odwrócił się i zaparzył sobie ten sam napój, który mu „zabrałam”. Wrócił na wcześniej zajmowane przez siebie miejsce. Opierałam się brzuchem o swoje krzesło mając na niego widok z góry. 
- Roland jeszcze tu przyjedzie? 
- Nie, spotkamy się dopiero w szpitalu - pokiwałam głową, wewnętrznie piszcząc jak mała dziewczynka. Coś mruknął jeszcze pod nosem, jakby do siebie. Wizja kolejnych chwil z nim sam na sam nie pozwoliła mi się skupić na tej wypowiedzi. 

Niepewnie kroczyłam przez szpitalny korytarz. Czułam się niemal tak samo jak wtedy, kiedy ostatni raz tu byłam. A ten ostatni raz był wówczas, gdy umierała babcia... To też nie było zbyt przyjemne doznanie. 
- Bądź dobrej myśli, Chloe - delikatnie ścisnął moją dłoń. Chciałam być dobrej myśli, naprawdę! Ale poprzednie doznania z wypadkami nie pozwalały mi na to. 
Każdy kolejny krok powodował coraz większy ścisk w moim żołądku i sprawiał, że te scenariusze z nocy powracały z wielokrotnie większą siłą. Nie chciałam widzieć tych obrazów... Nie pomagała nawet świadomość tego, że nadal trzyma moją rękę. Że jego ciepłe palce pocierają moje zimne jak lód. Że po prostu jest tuż obok. W przeciwieństwie do Bartscha... I tu nie chodziło tylko o to, że nie wie nic o wypadku Phila. Nie interesował się mną przez całą noc, wcześniej wieczór... Muszę to skończyć. Zdecydowanie.  
Zatrzymaliśmy się przed jedną z sal. Skinął mi głową, a ja wyciągnęłam rękę, aby otworzyć jej drzwi.
- Porozmawiam z lekarzem - pogładził mnie po policzku, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w bliżej nieznanym mi kierunku. Albo w stronę, o której nie chciałam myśleć.
Wahałam się. Bałam się tam wejść... Co mogłam tam spotkać? Cóż, dopóki nie wejdę, to się nie dowiem...
Nacisnęłam klamkę i pociągnęłam do siebie białe drzwi. Przeszłam niewielkim, wąskim korytarzykiem, u którego końca znajdowała się jednoosobowa sala. Dookoła unosił się zapach sterylności, który wręcz odrzucał. Białe lampy raziły w oczy... Nie, nie mogłam tu być. Ale dla Philippa... Zrobię to. 
Na widok brata, podłączonego do maski tlenowej, rozpłakałam się. Nie wiem, czy ze szczęścia, czy z bólu. Żył. Ale nie oddychał samodzielnie... Gdybym nie wiedziała o wypadku, to po prostu stwierdziłabym, że śpi. Ale tak nie było, a w tym stanie był przeze mnie. 
Podeszłam do niego i złapałam jego bladą dłoń. Po policzkach pociekły mi pierwsze łzy. Prócz swoich łkań słyszałam też pikania respiratora i buczenie lamp. Moje ciało drżało ze strachu...
- Phil, przepraszam - wyszeptałam łamiącym się głosem. - Ale nie możesz mi tego zrobić. Mam tylko Ciebie... - pogładziłam jego ramię. - Przeżyję wszystko, absolutnie. Wszystko, oprócz Twojej straty... - wyłkałam, ukrywając twarz w dłoniach. 
- Doznał wstrząsu mózgu i jest trochę poturbowany - drgnęłam, słysząc jego głos. Zerknęłam za plecy. Stał przy wejściu i znów patrzył się na mnie. - Medycy utrzymują stan śpiączki po to, aby szybciej doszedł do siebie. Będzie dobrze, Mała, zobaczysz - na koniec posłał w moją stronę delikatny uśmiech wsparcia. Cudowny uśmiech. 
Cmoknęłam jego dłoń, po czym powoli się podniosłam na nogi. Ten grymas spowodował we mnie mieszankę uczuć, z których dominowało jedno – bliskość. Potrzebowałam bliskości. Jego bliskości. Jego ramion. Tylko one mogą mi pomóc. 
Moje nogi były miękkie, ale to i tak nie powstrzymało mnie przed postawionym przed sobą celem – znalezieniem się w jego objęciach. 
Całe ciało dalej drżało. Kroki były niewielkie, niepewne. Nie spuszczał ze mnie wzroku, podobnie jak ja z niego; nadal widziałam ten uśmiech. 
Chwiałam się coraz bardziej. Jego widok stawał się coraz bardziej oddalony, w dodatku... Robiło mi się ciemno przed oczami. 
Nie wiem, co było potem. Nie miałam nawet pewności, czy dotarłam do niego...


za tydzień o tej porze nie będzie rozdziału. może będzie w poniedziałek (nie wiem, może się schlam, może będę siedziała zaryczona w pokoju) a może i we wtorek. albo w niedzielę, bo pewnie nie wytrzymię z EMOCJI, JAKIE BĘDĄ W KOLEJNYM POŚCIE

5 komentarzy:

  1. DAWAJ NASTĘPNY ROZDZIAŁ JAK NAJSZYBCIEJ I TO BEZ DYSKUSJI 💜💜💜💜

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurwa, noc sie stala
    KLOLI, NOC SIE STALA
    UMIERASZ
    /To ja

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem!
    Rozdział cudny ^^
    Ale ta końcówka... co tam się dzieje???
    Czekam na więcej, zdecydowanie! Buziaki :**

    OdpowiedzUsuń
  4. tA KOŃCÓWKA CO SIE DZIEJE i cant believe po prostu-----
    teraz bede siedziec w niepewnosci i jedynie myslec co moze stac sie dalej eh ;; dawaj szybko następny! ;;

    OdpowiedzUsuń