Każda minuta drogi, jaką pokonywałam pociągiem, powodowała, że wątpiłam coraz bardziej w to, czy dobrze robię. Co powinnam czynić, aby w końcu było to właściwe posunięcie? Każda decyzja, jaką podejmuję, ostatecznie okazuje się tą złą.
Najlepszym przykładem chyba jest to, że znajduję się tu, w Dortmundzie. Stoję na dworcu kolejowym i piszę Bartschowi, żeby po mnie przyjechał.
Pomocy szukam u możliwie najgorszej osoby. Wyjechałam bez pożegnania, w dodatku jak największy tchórz – wtedy, kiedy nikogo, kto mógłby mnie zatrzymać, nie było. Zostawiłam brata i go. Tę najważniejszą mojemu sercu osobę. Philowi zostawiłam list, a jemu ani słowa pożegnania.
Nic.
Nie byłam w stanie.
Nic.
Nie byłam w stanie.
Ale nie umiem zachować się inaczej – to wszystko... boli. Kiedy go widzę... widzę też ten filmik, który zniknął z jego story jak najszybciej się dało. Oddałabym wiele, aby wszystko wróciło na poprzednie tory, przed tym feralnym wyjazdem... Aby zniknęło jak te dziesięć sekund cierpienia. Nawet jeśli Philipp miałby dowiedzieć się prawdy.
Henrik uśmiechnął się na mój widok, z jeszcze większą euforią zaciskając ramiona wkoło mojego ciała. Ja nic nie czułam – wewnętrznie byłam taka... pusta. Może to dobrze?
Wargi Niemca przycisnęły się do mojego policzka, tuż obok kącika ust. Na co liczył, siląc się na ten gest?
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że tu jesteś - wyszeptał radośnie, tym razem subtelnie dotykając ustami skóry tuż pod uchem. Z ramion jednego kłamcy pchałam się do drugiego... Świetnie sobie to rozplanowałaś, Chloe.
Schwycił moją torbę w jedną rękę, drugą zaś splótł z moją i poprowadził w stronę swojego samochodu.
Za dużo nie mówił w trakcie jazdy. Mozolnie obserwowałam drogę, jaką mijaliśmy. Pełno ludzi, od których teraz starałam się stronić. Pełno szczęścia, które niedawno mnie opuściło...
Nie wiem, ile jechaliśmy. Zdążyłam się wyłączyć tak na dobre. Przynajmniej w takim letargu nie myślałam... Przynajmniej wtedy nie bolało aż tak, że nie mogłam funkcjonować.
Zatrzymał pojazd na parkingu. Chyba dojechaliśmy na miejsce.
- Chloe... - szepnął słodko, dotykając mojego ramienia. Zadrżałam, niepewnie przenosząc na niego wzrok. Odetchnął ciężej, przenosząc dłoń na mój policzek. Czyli jednak makijaż na nic się nie zdał – zapewne wyglądałam jeszcze gorzej niż się czułam.
Zacisnął wargi, niepewnie cofając rękę. Zgasił silnik, po czym opuścił auto. Chwilę potem stałam tuż obok niego, a jego ramię oplatało moją talię.
- Torbę przyniosę później - zapewnił, kierując w stronę wejścia do jednej z klatek wielopiętrowego budynku.
Nawet nie siliłam się na rozmowę, mimo, że Bartsch próbował. Głównie przebywałam na balkonie –do którego przechodziło się przez salon – i paliłam. Teraz nie musiałam się niczego trzymać, mogłam robić tylko to, co chciałam. Bez jakiejkolwiek konsekwencji.
Obserwowałam tętniące życiem miasto, próbując przekonać się do tego, że dobrze, ze tu jestem. Dlaczego? Przecież pojawienie się tu było jednym wielkim nieporozumieniem. Odezwanie się do niego było moją osobistą porażką...
Jego ramiona oplotły moje ciało, a wargi przycisnęły się do odkrytej skóry na szyi. Nie czułam nic – zaczynając na pozytywnych doznaniach, kończąc na obrzydzeniu. Nic. Nawet dreszczy... Było ze mną źle.
Mruknął głośniej, przygryzając wcześniej całowane miejsce. Nawet nie drgnęłam.
- Za dużo myślisz, skarbie - szepnął, przesuwając nosem wyżej. - Miałaś to wszystko zostawić za sobą.
- Nie umiem - odpowiedziałam po dłuższej chwili milczenia, odwracając głowę w jego stronę. Dzieliły nas centymetry. - To zbyt świeże, zbyt...
Przed dokończeniem wypowiedzi powstrzymały mnie jego wargi, napierające na moje. Przeniósł dłonie pod moją koszulkę, próbując pobudzić mnie do życia tym pocałunkiem i swoim działaniem.
Nie wiem, czego chciałam. Liczył, że co, że dobierając się do mnie da mi zapomnienie, o którym tak marzę? Przecież już kiedyś tego próbowałam. Wtedy nie pomagało... Może teraz?
Przygryzł moją wargę, jedną z rąk przesuwając pod materiałowe spodenki. Zacisnął ją na moim pośladku, wracając do masażu moich ust.
Nie, to nie ma sensu, nic nie pomoże.
Nie miałam sił, żeby się cofnąć, żeby to przerwać... Byłam słaba. Jestem słaba...
Nie, to nie ma sensu, nic nie pomoże.
Nie miałam sił, żeby się cofnąć, żeby to przerwać... Byłam słaba. Jestem słaba...
Przed kolejnymi posunięciami powstrzymało go gwałtowne walenie w drzwi. Zatrzęsłam się niczym galareta ze strachu, a Niemiec parsknął śmiechem.
- Chyba przyszła pomoc w niesieniu zapomnienia - jeszcze raz musnął moje wargi, po czym zniknął mi z widoku, zapewne otworzyć swoim gościom.
Siedziałam na skraju kanapy, wciśnięta między podłokietnik i Bartscha, obserwowana przez trójkę przybyłych chłopaków. Jedna z rąk Henrika nieprzerwanie utrzymywała kontakt z moim ciałem, a druga na zmianę trzymała szklankę z kolorowym napojem, albo wąż od fajki wodnej.
Gdzieś po czwartej rundce takiego połączenia zaczęłam coś czuć – nic dziś nie zjadłam, a zabrałam się za picie... Wiedziałam, że to się źle skończy.
Szumiało mi w głowie, ale jeszcze się trzymałam. Chłopacy lali w siebie z jeszcze większym tempem, mimo to ja czułam się najgorzej. Przynajmniej wiedziałam, że jeszcze żyję.
Wtuliłam głowę w jego ramię, a towarzysze Henrika srogo zawyli w odpowiedzi. Podniosłam rękę do góry, pokazując im środkowy palec, a ich śmiech przybrał na sile. Bartsch nic sobie z tego nie robił, tylko przycisnął mnie znacząco do siebie, muskając ustami czubek mojej głowy.
W ruch poszła kolejna rundka upijania się. Musiałam się przewietrzyć, dlatego chwiejnym krokiem skierowałam się na taras, oddalając się od pijących nastolatków. Zmieszałam się, widząc swój telefon, który leżał na fotelu. Zostawiłam go? W sumie nie zwracałam na to większej uwagi, prawie zawsze był wyciszony... Teraz szczególnie go nie potrzebowałam, wolałam uniknąć konsekwencji swojego postępowania.
Zerknęłam na wyświetlacz – ktoś akurat dzwonił... Przypadek? Nie sądzę.
Przez chwilę zaciskałam wargi, aby się uśmiechnąć. Tak szczerze. Dlaczego to w ogóle robiłam? Czemu cieszyło mnie to, że jeszcze zawracał sobie mną głowę? Przecież nic dla niego nie znaczę...
Przez chwilę zaciskałam wargi, aby się uśmiechnąć. Tak szczerze. Dlaczego to w ogóle robiłam? Czemu cieszyło mnie to, że jeszcze zawracał sobie mną głowę? Przecież nic dla niego nie znaczę...
Przejechałam palcem po ekranie, odbierając połączenie. Jako pierwszy dotarł do mnie dźwięk wyrażający zaskoczenie – tego się nie spodziewał. Też się tego nie spodziewałam.
~ Chloe...
- Tak, Kochanie? - zaćwierkałam, ignorując kłucia prosto w serce. Zaczęłam odczuwać ból... Czyli trzeźwiałam. Wracałam do normalności.
~ Ja... Ja nie sądziłem, że odbierzesz...
Jego głos brzmiał tak cudownie, a to zdziwienie... Podnosiło moje morale. Jakby zależało mu na tym, żebym odebrała, jednocześnie nie spodziewając się, że to uczynię.
- Nie miałam tego w planach, tak wyszło - zaśmiałam się jak głupia. Nie chciałam tego powiedzieć, tak wyszło.
~ Jesteś pijana ~ oh, skarbie, Sherlock się przy Tobie chowa... ~ Odłóż to, proszę...
- Nie mam najmniejszego zamiaru.. - poczułam ścisk w żołądku słysząc to błaganie. - Nie jesteśmy razem, żebyś mówił mi, co mogę, a czego nie - rozłączyłam się, przyciskając pięść do ust. Przez chwilę wpatrywałam się w wyświetlacz jak głupia, czując, jak moje serce na nowo się rozdziera.
Dzwonił. I to wielokrotnie. Po tej „rozmowie” znów próbował się ze mną skontaktować.
Ja tutaj wracam (w końcu... :/) na te blogi a tutaj taki szokink :O
OdpowiedzUsuńJak to! :(( ja się nie zgadzam na takie cos :((
Ivi durniu! -.- napraw to :(((
Cuuuuudo ❤❤❤
Czekam <3
Chloe wybiera ostatnio najgorsze rozwiązania...oj żeby tylko Ivan się ogarnął
OdpowiedzUsuń