9 paź 2017

Ich muss hier raus - 39.

Kolejne siedem ciągnących się dni za mną.
Siedem ciągnących się nocy, w trakcie których sypiałam naprawdę niewiele. Co noc moja podświadomość odtwarzała sobie ten filmik, jakbym była świadkiem tego wszystkiego. Budziłam się z płaczem, bezsilnym krzykiem...
Wyniszczałam się, a on mi jeszcze w tym pomagał.
Niszczył mnie swoją obecnością.
Był.
Patrzył się, jak jego bytność powoduje to, że tracę siebie, wewnętrznie umieram. Nie musiał nic robić, co zresztą i tak czynił. Sama świadomość tak na mnie działała.
Zauważyłam w nim istotną zmianę wyglądał tak, jakby cierpiał. Niby przez co? Tym razem to on został odprawiony przez kogoś z kwitkiem?
Już się nie uśmiechał tak jak dotychczas. Jego oczy już nie błyszczały, kiedy na mnie patrzył wypełniał je ból, który pogarszał moją sytuację... Ale teraz nie o tym.

- Philipp, daj mi klucz od mojego pokoju - warknęłam, zaciskając dłonie w pięści. O wiele za długo tu przebywałam. Już dłużej po prostu nie mogłam
- Nie - odpowiedział stanowczo. - Znów chcesz doprowadzić do tego, co było dwa tygodnie temu?
- Nie zrobię tego... - wybuchłam płaczem, a zszokowany Ivan niemal nie zachłysnął się powietrzem.
Słyszał to wszystko, przecież przesiadywał tu od rana niemal do wieczora. Próbował się zbliżyć, ale unikałam go jak ognia. Nie próbowałam nawet z nim rozmawiać, wystarczyło mi, że go słyszałam. Już ciężko było mi znieść jego widok, a musiałam zgrywać pozory, że to nie ma nic z nim wspólnego. Te chwile to i tak było dla mnie o wiele za dużo.
- Phil, proszę... Będę grzeczna. Poza tym, jak masz w planach jechać na obóz?
Zagięłam go. Za dwa dni wyjeżdżają na kilkunastodniowy obóz przygotowawczy przed nadchodzącym sezonem. I Phil, i Ivan... Nowy trener dał mu szansę. Mimowolnie czułam rozpierającą mnie dumę zasługiwał na to. Niejednokrotnie widziałam, jak grał, Regionalliga nie była jego marzeniem. Ale cierpliwie czekał na swoją okazję. I się doczekał...
Phil zerknął na mnie chłodno, wiedział, że nie ma argumentów. Nie lubił przegrywać, co było dziwne, bo przecież porażki wpisane są w życiorys sportowca.
Gdybym mogła, uśmiechnęłabym się triumfalnie, jednak... Nie byłam w stanie. Nie dziś.
Kiedyś uwielbiałam z nim wygrywać. Potem się kłóciliśmy, nawet popukiwaliśmy, a mama zawsze kazała nam się pogodzić. Gdy się jej nie udawało do tego doprowadzić, ostatecznie zostawała jej kara na komputer dla nas. To pomagało. Teraz nie było mamy, nie było kar, nie licząc tego, że cierpię.
Cały czas czułam na sobie jego wzrok. Miałam wrażenie, że chciał doszukać się odpowiedzi na zdanie, jakie padło w trakcie rozmowy z bratem. Ale po co? Przecież dla niego jestem nikim. Nie powinien obchodzić go mój los, to, co ze sobą robię... Chyba znów wróciło przewrażliwienie i nadinterpretacja. Znów bzduram sobie zbyt wiele.
Wyciągnął z kieszeni spodenek klucz, który mi podał. Mocno go zacisnęłam w dłoni, przymykając powieki. Nie miałam nic przeciwko spaniu z bratem było mi tak zimno, że nawet jego ramiona mnie nie rozgrzewały. Ale potrzebowałam czuć jego bliskość. Że jest ze mną mimo wszystko. Cóż, wewnętrzne zimno jest nie do pokonania.
Jednak wygrała potrzeba powrotu do źródła największego bólu. Do miejsca, gdzie tyle się z nim działo... Musiałam to zrobić.
- Dziękuję - szepnęłam, przecierając policzki. Nie siliłam się nawet na najdrobniejsze drgnięcie kącików ust wiedziałam, że to na nic. Oddaliłam się od salonu, w stronę korytarza, a potem schodów. Odetchnęłam z ulgą, kiedy zamknęłam się w swoim więzieniu.
To tu tyle się działo.
Miałam wrażenie, że nadal czuć tu jego zapach. Tu tyle razy mnie całował, pieścił... Tu też mówił, że mnie kocha... To tu padało tyle kłamstw...
Osunęłam się po drzwiach, walcząc z tym, aby oddychać normalnie. Znów czułam, że w powietrzu jest za mało tlenu... Moja klatka znów do mnie wracała. Jednakże teraz była jeszcze ciaśniejsza.
Powrót tu uświadomił mnie, że... muszę stąd zniknąć. Nie ma tu dla mnie miejsca.
Szkoła mnie nie obchodziła ten rok szkolny był okropny, tak bardzo olewałam to wszystko... Chociaż nie powinnam, rodzicom zawsze zależało na tym, żebyśmy mieli z Philem dobre wykształcenie. Ale mniejsza, rodziców tu nie ma. Mnie też. Jeśli przejdę do klasy wyżej, to będzie cud.
Muszę stąd uciec. Pytanie tylko: dokąd? Do kogo? Do dziadków, czy... czy do Henrika?
Na myśl o nim poczułam paskudne dreszcze. Dobrowolnie chciałam wrócić do epicentrum tego wszystkiego. Ale teraz był tak daleko... To wszystko mogło wyglądać o wiele inaczej. Mógł w końcu się zmienić.
Odchyliłam głowę do tyłu, próbując głębiej odetchnąć. Zdało się to na nic.
Usłyszałam ciche pukanie do drzwi oraz szarpnięcie klamki, na które nawet nie reagowałam. Pewnie Philipp.
- Chloe... - moje serce zamarło, a oddech uwiązł w gardle. Nie, proszę... - Chcę z Tobą porozmawiać...
Załkałam, słysząc te zbitki liter. Słuchanie tego tembru bolało...
- Nie mamy o czym - odpowiedziałam po dłuższej chwili milczenia. Ten głos... Był pełen bólu. A moja odpowiedź zbyt desperacka. Część mnie potrzebowała go i to chorobliwie bardzo, a druga...
Chciałam mu powiedzieć, żeby tu przyszedł i sprawił, że to wszystko zniknie. Wiedział, że go potrzebuję, jednocześnie go nie chcąc. Na pewno to wiedział.
- Te dni... Potwornie mi Ciebie brakuje, wiesz?
- Nie kłam... - chciałam zatkać sobie uszy, ale to nie pomagało. Nadal słyszałam każde słowo, jakie wypowiedział. Jak powtarzał, że brakuje mu mnie... - Chociaż raz nie kłam.
- Ciebie nigdy nie okłamałem. I nie okłamię... Za bardzo mi na nas zależy.
- Nas nie ma... - wyłkałam. - Pokazałeś mi, że z Twojej strony nigdy nie było...
- Nie mów tak! Ranisz mnie, a przede wszystkim siebie... To wszystko tak bardzo boli, wiesz? - wyrzucał z siebie słowa na jednym tchu. - Cierpię, bo cierpisz. Cierpisz przeze mnie... Przez to, że jestem kompletnym idiotą i nigdy na Ciebie nie zasługiwałem.Kocham Cię, słyszysz? K-o-c-h-a-m.
Ostatnie litery niemalże wyszeptał. Dźwięk po drugiej stronie drzwi brzmiał tak, jakby właśnie osuwał się na podłogę.
Znów zapadła między nami cisza. On cierpi? Cierpi, bo ja cierpię? Dobre sobie... Chce wywołać we mnie poczucie winy, czy co? Jeśli tak, to dobrze robi. Jestem na etapie destrukcji, a każda kolejna chwila przybliża mnie do tego coraz bardziej.
- Twoje cierpienia niedługo się skończą, Ivan - powiedziałam bardziej do siebie. Oby tego nie usłyszał.

Philippowi ciężko było opuszczać nasz dom. Przeze mnie, przez to, że jeszcze nie wrócił do pełnej sprawności... Ale trener powiedział, że chce go mieć ze sobą, nawet jeśli nie będzie grał. I musiałam go puścić. W sumie to dobrze przynajmniej za szybko się nie dowie gdzie jestem, oraz z kim... Bez problemów będę mogła zrealizować swój plan.
Zapinałam właśnie zamek od torby. Pakowałam się do... no, jadę do Dortmundu. Do... do Henrika. Nie wiem na ile. Może już tu nie wrócę? Może tam uwolnię się od tego bólu?
W sumie chciałabym, aby tak się stało. Ale wiem, że to nie nastąpi. On jest źródłem mojego szczęścia. Bólu tak samo. Potrzebuję tylko go, żeby być w pełni sobą... To chore, wiem. Ale miłość właśnie taka jest. Chociaż może to nie miłość, tylko uzależnienie? Nie wiem, nie chcę się nad tym rozdrabniać. Dla własnego dobra powinnam się odciąć do Norymbergi, oraz od ludzi, którzy tu mieszkają. Muszę zapomnieć. Raz na zawsze.
ja: Niedługo będę napisałam to Bartschowi będąc na dworcu głównym. Mój pociąg odjeżdżał za dwadzieścia minut.
H.: Tylko na to czekałem.

 WY TEŻ NIE DOWIERZACIE W TO, CO ROBIĘ, CO NIE? spoko, ja też sobie nie wierzę, chociaż pisałam to x czasu temu XD

1 komentarz: